niedziela, 15 maja 2016

Czy wszystko jest w porządku?

Nie rozumiem... Wszystko wydaje się być w porządku - nawet się dziś z rana spytałam o to Filozofa - a jednak... a jednak mam cały czas wrażenie, że coś jest nie tak... Jakby coś było popsute... Coś mnie boli w sercu i nie wiem już czy faktycznie jest o czym myśleć, czy to tylko zwodnicze szepty depresji podsycają mój strach... A może...? A może ja znam odpowiedź, tylko boję się ją wypowiedzieć na głos?

Obudziłam się rano pełna smutku. Nie chciało mi się nawet szykować dla mnie śniadania. Coś tam tylko połknęłam, żeby wziąć leki. Aż do teraz zajmowałam się tym co lubię, ale w sumie nie sprawiało mi to radości - natomiast z coraz dłuższym czasem męczyło. Tęskniłam za Filozofem, ale nie chciałam zawracać mu głowy - on się lepiej czuje sam w swoim towarzystwie, nie chcę mu się narzucać...
Nie rozumiem... po wczorajszym spotkaniu z nim powinnam się cieszyć i być pełna energii - a mi tymczasem nie chce mi się żyć. Przecież wczoraj robiliśmy razem tyle przyjemnych rzeczy...

Cóż, spróbujmy zastanowić się nad głębiej...

Od rana czekałam głównie na wiadomość od Filozofa - bardzo, ale to bardzo, bardzo, bardzo mocno chciałam, żeby on mnie zauważył! Bardzo chciałam, żeby napisał do mnie pierwszy; żeby spytał się jak się czuję, żeby... ach, po prostu marzyłam o doświadczeniu troski i sympatii ze strony Filozofa. Chciałam poczuć się tak, jakbym naprawdę była jego dziewczyną - kimś szczególnym i wyjątkowym w jego oczach... Kiedy tak czekałam i czekałam, włączyłam komputer - pierwsze co ujrzałam, to Filozofa grającego w jakąś grę...

Zrobiło mi się strasznie smutno... Poczułam się tak, jakbym była jakąś zabawką - wczoraj do zabawy, a dziś już zapomnianą i niepotrzebną... nie odezwał się do mnie w ogóle, dopóki sama nie napisałam pierwsza...

Wychodzi na to, że mój problem polega tylko i wyłącznie na braku poczucia bycia kochanym, bycia ważnym, wyjątkowym, dobrym, potrzebnym...

Taki typowy, żałosny gniot.

Jestem beznadziejna... i zmęczona. Boli mnie to niezmiernie, że nie wiem czy jestem dziewczyną Filozofa, czy nie. Czy mnie kocha, czy nie. Czy traktuje mnie poważnie, czy nie. Szczerze mówiąc, jestem najzwyczajniej w świecie przerażona - gdy jest obok, całuje mnie i tuli; gdy jest daleko, mam wrażenie, że w ogóle o mnie nie pamięta. Nie rozumiem tego, nie wiem jak mam interpretować tak różne zachowanie w ciągu parudziesięciu godzin... Nie rozumiem czy jest to coś związanego ze mną, czy to właśnie Filozofa coś gryzie... Jak próbuję go o cokolwiek delikatnie spytać, to "nie wie". Jak próbuję się go spytać wprost, to milczy i ucieka ode mnie. Beznadziejna sytuacja - a ja tak bardzo się boję i denerwuję, i martwię, i wszystko...

Futrzak mówi, że Filozofowi bardzo na mnie zależy, tylko potrzebuje on czasu... Filozof też mi kiedyś powiedział, że on potrzebuje czasu...

Tylko... ja tak bardzo się boję, chlip... Boję się, że wszystko jest nie tak...

Pomocy...