wtorek, 30 sierpnia 2016

Noc.

Kolejna noc, w której jedynie, do czego mogę się przytulić, to moje własne łzy... Powinnam spać miast marnować cenny czas na zadręczanie się myślami samobójczymi i płacz...

Źle się czuje. Ale to chyba nic; chyba się trochę przyzwyczaiłam... To wszystko minie przecież w końcu... W końcu umrę, prawda? Prędzej czy później spełni się moje małe marzenie...

Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem egoistą, bo swoją śmiercią ześlę na swoich bliskich cierpienie, jednak czy ktoś kiedykolwiek pomyślał jak bardzo ci bliscy musieli zranić samobójcę, że ten wykonał ten krok? Jedynie o kogo się martwię, to o Filozofa... Aczkolwiek po ciągłym wyśmiewaniu mojego ojca i poniżaniu mnie; że Filozof tylko mnie wykorzystuje, a ja jak głupia się jemu tylko sprzedaje i skaczę nad nim jak idiotka, zamiast zająć się "prawdziwą" rodziną... To mimowolnie zaczynam mieć wątpliwości... Coraz bardziej zaburza mi się cały obraz rzeczywistości...

 Wszystko mi się miesza, już nie wiem co jest czym... Już chyba nawet nie wierzę w swoją depresję, w ból, obawiam się, że może ja to sobie wszystko ubzdurałam, a to oni maja racje... Na swój sposób to zabawne, bo czuję fizyczny ból pomimo tego, że w żaden sposób moje nerwy nie są ruszane - leżę sobie spokojnie w łóżku, otulona miękką kołdrą... A czuję, jak bardzo ostre są łzy, spływające po policzkach... duszę się we własnym szlochu, klejąca maź spływa mi do gardła i ciężko jest mi złapać oddech... cała drżę. Czuję, jak w klatce piersiowej coś wgniata się w jej sam środek; jak moje serce ściska się i ściska coraz bardziej... Jak członki ciała stają się ciężkie niczym ołów, niezdolne do ruchu...

Jedynie co można, to leżeć w bezruchu i czekać na śmierć z histerycznym uśmiechem na ustach. Jutro czeka mnie kolejny "szczęśliwy" dzień... Ot, jak ból zelżeje, trzeba zacisnąć zęby i udawać, że wszystko jest w porządku. Robić te wszystkie rzeczy co zawsze i czekać na kolejną noc...

Może nabiorę takiej wprawy w oswajaniu ich, że je polubię. A one polubią mnie i nie będą wtedy tak bardzo gryźć. Wtedy nie będę odczuwała potrzeby zwierzania się Filozofowi - moja depresja stanie się moją towarzyszką, moim małym, puchatym zwierzątkiem, które da się okiełznać.

Wtedy nie będę tak bardzo denerwować Filozofa swoją osobą, tak jak teraz - a wtedy on będzie szczęśliwszy....

Powinnam poradzić sobie ze wszystkim sama, a nie tęsknić za pomocą; za czymś, co wyrwie mnie z tej czarnej dziury... Aczkolwiek... Jak dobrze to brzmi, nie daję sobie rady. 

Wszystko mnie przerasta...