niedziela, 28 sierpnia 2016

Wszystko po staremu; chyba...

"Saudade"
U mnie wszystko po staremu. Nic szczególnego. Wróciłam do domu po wakacjach z rodzicami. Awantury codziennie. Zero jakiejkolwiek merytorycznej wartości w tychże fascynujących "dyskusjach". Powody coraz bardziej głupie i prozaiczne...

Dzisiaj w czasie kłótni starałam się być jak najspokojniejsza i jak najlepiej dobierać kontrargumenty, tak jak mi Filozof radził, ale w sumie nic z tego nie wyszło; ojciec tylko krzyczał i krzyczał, poniżał mnie i gnoił, w końcu się wydarł, że jestem tak wredną/egoistyczną/wyrodną/beznadziejną/głupią córką, że mnie wywali z domu.

Zazwyczaj bym się rozpłakała w takim momencie, jednak dziś było mi tak bardzo cholernie smutno i pusto, iż tylko ubrałam się, zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z domu.

Skoro ojciec tak zaczął sobie pogrywać, to mimo wszystko muszę coś zrobić, by jakoś minimalnie poprawić komfort swojego życia...

Wydrukowałam stertę swoich CV i poszłam szukać pracy. Jakiekolwiek. Aby blisko domu była.

Czekam wciąż i wciąż na dodatkowe decyzje z uczelni. Martwię się. Denerwuję okropnie. Czasami rano, dopóki nie uzmysłowię sobie, że żyję, czuję się bardzo spokojna i zrelaksowana. Ale gdy tylko przypomnę sobie o swoim istnieniu... od razu moje ciało i umysł zalewa zimna fala strachu. Tak silna, że aż boję się wstać z łóżka...

Ostatnio zaczęłam eksperymentować z kuchnią, by choć trochę zmotywować się do porannego wstawania. Zamiast nudnych kanapek czy płatków z mlekiem, czas na naleśniki, jajecznicę lub inne cuda, które uda mi się upichcić. 

Przedwczoraj ugotowałam zupę w stylu orientalnym, kiedy rodziców nie było w domu. Oni pojechali na jakąś imprezę historyczną, ja się po prostu z tego wyłgałam. Była pyszna, z masą warzyw, dobrych przypraw i kurczaka. Zostawiłam trochę rodzicom, żeby nie było...

Ojciec mnie zjebał, że wrzuciłam zbyt dużo mięsa do zupy... Takiemu to nigdy, przenigdy nie dogodzisz... Jak tak to krzyczał na mnie, że nie gotuję w domu dla nich; jak coś ugotowałam, to i tak znalazł banalny powód, by mnie zjebać.

Rysuję dużo. Wróciłam do rysunków. Ojciec krzyczy, że to bez sensu, ciągle tylko marnuję czas i siedzę w domu jak debil; jak dziś chciałam wyjść z domu, to zaraz awantura, że uciekam... ale to nieważne. Rysuję. Chciałabym jakoś spieniężyć w końcu swoje rysunki. A żeby to zrobić, muszę bardzo dużo rysować...

Smutno mi. Smutno mi niezmiernie, co się będę oszukiwać i pocieszać... Za dnia emocje gdzieś się ulatniają i zostaje mi tylko chłodna kalkulacja wraz z siłą do działania, ale nocami, tak jak teraz, marzę o śmierci...

Tęsknię za Raevasem. Znowu. Bardzo mocno tęsknię... To bez sensu, bo nie chcę za nim tęsknić. Nie chcę. Czemu moja durna podświadomość nagle sobie o nim przypomniała? Czemu wciąż gdzieś tam tkwię w przeszłości, skoro jestem tutaj?

To chyba zdechłe marzenia piszczą czy coś... Paulo Kotello pisał o tym zjawisku w jednej ze swoich książek pt. Pielgrzym.

"Dobra Walka to ta, którą podejmujemy w imię naszych marzeń.
Kiedy wybucha w nas z pełną mocą – w młodości – mamy wielką odwagę,
ale nie potrafimy jeszcze walczyć.
Gdy po licznych wysiłkach zdołamy posiąść tę umiejętność,
nie mamy już tyle odwagi w walce.
Wówczas zwracamy się przeciw sobie,
by w końcu stać się swym najgorszym wrogiem.

Uważamy własne marzenia za infantylne, nieziszczalne,
za owoc nieznajomości realiów życia.
Zabijamy nasze marzenia,
bojąc się podjąć Dobrą Walkę. (...)
Kiedy wyrzekamy się marzeń i odnajdujemy spokój (...)
zaznajemy krótkiego okresu cichego zadowolenia.

Jednak trupy marzeń zaczynają w nas gnić i zatruwać atmosferę.
Stajemy się okrutni wobec otoczenia,
a w końcu to okrucieństwo zwraca się przeciwko nam samym.
Skądś wyłaniają się cierpienie i psychozy.
Ryzykowne skutki walki, której chcieliśmy uniknąć
– rozczarowanie i klęska –
okazują się jedynymi owocami naszego tchórzostwa.
A pewnego pięknego dnia martwe, przegniłe marzenia
czynią powietrze cuchnącym i dławiącym,
my zaś pragniemy śmierci,
która uwolni nas od niepodważalnych przekonań,
od zajęć,
od tego straszliwego spokoju niedzielnych popołudni."
Pustkę w głowie mam, już sama nie wiem co myśleć, co czuć, co czynić... Filozof mnie pociesza. Jak zawsze. Kochany mój...

Powinnam się jakoś teraz rozpłakać, ale nie chce mi się. Nie chce... chyba. Nie wiem. Cały wieczór chrupię tylko ciasto ze śliwkami; widocznie przeżarłam się aż cukrem i mi teraz odbija...

Jak to było? Ach tak! Aniołem! Jestem aniołkiem... Pamiętasz? Pewnie tak... to boli... chyba nim byłam. Bardzo, bardzo dawno temu. Bardzo...

Mam ochotę sobie po prostu walnąć bardzo mocno w głowę, tak bardzo, żeby nie pamiętać, żeby nie myśleć...

SAUDADE.