niedziela, 26 czerwca 2016

Pisanie - ucieczką... Miłość - ułudą... Życie - marzeniem...

Nie potrafię sobie już wyobrazić życia bez mojego ukochanego pamiętniczka. Nie potrafię. To chociaż jedyne miejsce na Ziemi, w którym mogę krzyczeć, płakać... w którym nie muszę ukrywać swoich uczuć i udawać, że wszystko jest w porządku. Pisanie przynosi mi ulgę... uwalnia od złych myśli, oczyszcza... uspokaja... a zarazem czuję, iż obok mnie jest mój przyjaciel - ja sama...

Na swój sposób nie potrzebuję nikogo... a zarazem czuję, jak dopada mnie zimna prawda - nikt mi nie pomoże z moimi problemami. Nikt ich nie zrozumie, z czym się borykam, nikt ze mną nie porozmawia wtedy, kiedy najbardziej potrzebuję, nikt mnie nie przytuli ani nie otrzy łez... by wyjść z depresji, muszę być samowystarczalna, niezależna, nie czekać na kogoś, kto mnie uratuje... pocieszy... przytuli...

Przestać wierzyć w miłość i zbawienie, bo klucz do uleczenia jest w moich rękach... lecz trzeba porzucić te rozczarowywujące bajki o relacjach ludzkich, związkach i przyjaźni...

Kochałam kiedyś pewnego mężczyznę - znienawidził mnie, bo byłam sobą. Bo płakałam zbyt często i długo... Przyjaźniłam się z innymi ludźmi, a oni okazali się dwulicowi i fałszywi... Ba, nawet moi własni rodzice są toksyczni, a cała rodzinka już dawno temu o nas zapomnieli - wolą się kłócić o dawny majątek tylko w swoim kółeczku...

Jak po tylu złych wydarzeniach mogę jeszcze się okłamywać, że mogę na kogoś liczyć, że nie muszę udawać dobrego samopoczucia, że mogę naprawdę być sobą... skoro wszystko zazwyczaj kończyło się rozczarowaniem...

Od wczoraj słabo się czuję, dziś w sumie pogorszyło mi się - pochorowałam się fizycznie, nie mogłam nic jeść, w głowie się kręciło i głowa bolała.... samopoczucie spadło do poziomu głębokiej depresji... już sama nie wiem czy to jest wynikiem braku leków neurologicznych, czy w tym jest jakaś moja wina...

Czuję się winna, naprawdę... Winna za swoje życie, za swoją depresję; mam poczucie, że wszystko to co spotkało mnie nieprzyjemnego w życiu, to wszystko moja wina... mogłam się zachować inaczej, zrobić inaczej, nie poddawać się, nie uciekać, nie....

Jestem okropna...

Wszystko jest moją winą... Martwię się strasznie przyszłością, bo nie wiem co robić. Nie wiem, jak traktować Filozofa - czy łączyć z nim jakiekolwiek marzenia o zamążpójściu, o szczęśliwym życiu wspólnie... czuję cały czas, że tylko się oszukuję w związku z nim, że to wszystko to ułuda... Czuję, że nie mogę być naprawdę sobą przy nim, nie wolno mi płakać... od razu robi się niezadowolony... jak próbuję z nim rozmawiać o swoich problemach, to wychodzi na to, że tylko się żalę jak głupia... irytują go moje słowa i myśli... Nawet dzisiaj się bardzo zdenerwował na mnie, stwierdził, że już nie ma siły na mnie... że wolałby, gdybym tak się nie zamartwiała ani nie smuciła... w końcu jak zawsze kazał mi "zamieść" wszystkie problemy pod dywan, iść spać, spędzić miło czas...

Ale Filozof nie zauważa, że większość moich smutków wynika z niewiedzy po prostu... że to nie jest działanie na siłę... po prostu nie wiem co będzie działo się dalej, jak będzie wyglądać moje życie, wszystkie znane mi marzenia posypały mi się i zostały z nich tylko gruzy...

Boję się strasznie... a zarazem dręczy mnie myśl, że skoro Filozof odsuwa od siebie mnie smutną, że muszę sobie radzić z depresją sama...

To po co mi on? Po co zajmować się kimś, kto Cię nigdy nie zrozumie...? Po co mi ktoś, kto jest przy mnie tylko jak dobrze się czuję, jak się uśmiecham, a jak popłyną mi łzy z oczu... znika lub udaje, że wszystko jest okey...?

Coraz bardziej przestaję wierzyć w miłość, bo okazuje się, że kocha się tylko to co się lubi, to co jest przyjemne dla duszy i ciała...

A jak ma się jakiś problem, to nikt się Tobą nie zaopiekuje... nikt Cię nie chce... bo jesteś zbyt trudny do kochania... po co się męczyć, skoro można odsunąć od siebie nieprzyjemności...

Muszę... stać... się... silna.... Nie... szukać... wsparcia... u nikogo... 

Uda mi się wszystko, uda... nie potrzebuję nikogo do szczęścia. Nikogo. Filozof nie chce ze mną rozmawiać...?

W porządku. Poradzę sobie. W końcu udało mi się skreślić z mojego życia Raevasa, kilka dni skreśliłam również Prawnika...

Tyle razy wylądowywałam na dnie samotności, odrzucenia i bólu, że w sumie nie powinnam się już niczym przejmować. Nie mam powodu do strachu, przeżyłam to wszystko tyle razy, że i jeszcze jeden raz przeżyję.

Poradzę sobie sama.

Będę gwiazdą. Chciałabym być gwiazdą...

Where silence paves the empty streets
And darkness masks the nights;

Where dreams are but a fictional wish
And fantasies are defied;

She lies on her comfort bed
Living a contemptuous life;

Looking out the window pane
At the stars that shine so bright;

With nothing but a pillow to share her heart
And tears for moon to bribe;

If only she could be among those stars
She wouldn't be lonely tonight.
~S.M.

Nie muszę nic udawać. To boli, gdy uświadamiasz sobie, że to w co wierzysz, nie istnieje. To boli, dlatego tak bardzo uciekam do Filozofa... bo nuż może będzie inaczej...

Nie.

Skończy się tak samo.

Koniec.